Podróż do Japonii – część druga: Kobe

Posted on
Widok na Kobe

Kobe nie jest pewnie zbyt popularne wśród miast znajdujących się na liście osób podróżujących do Japonii. A pierwszym skojarzeniem jakie wielu osobom przychodzi do głowy, gdy wspominam nazwę tego miasta jest „Kobe Beef”, czyli słynna na całym świecie wołowina z Kobe.

Szyd powitalny z napisem 'Witaj w Kobe'
Witaj w Kobe!

Od Kobe w zasadzie wszystko się zaczęło. To tam obywała się konferencja E., z powodu której w ogóle doszło do naszej podróży do Japonii. Spędziliśmy tam jakieś cztery dni – jeden dzień dłużej niż planowaliśmy, z powodu zapowiadanego tajfunu postanowiliśmy wyjechać z Tokio dzień wcześniej. Swoją drogą był to nasz pierwszy w życiu tajfun! Codzienność na wyspie, gdzie wiele zależy od natury i jej kaprysów, może być czasem skomplikowana (trzęsienia ziemi, tsunami, tajfun…człowiek nabiera większego szacunku do natury!).

„Było trochę bardziej wietrznie niż zwykle”, czyli nasze pierwsze spotkanie z tajfunem:

Kobe – pierwsze wrażenia

W przewodniku Lonely Planet informacje na temat Kobe nie były zbyt obszerne. Jedyne, co stamtąd zapadło mi w pamięć to zdanie o tym, że Kobe to miasto kosmopolityczne, w którym chętnie osiedlają się ekspaci.

Pierwszego dnia, kiedy jeszcze nie padało, wybraliśmy się na spacer po mieście. Nasz hotel był położony w centrum, w dzielnicy Sannomiya. Stamtąd udaliśmy się w stronę ratusza, gdzie na samej górze znajduje się punkt widokowy, z którego można podziwiać widok na całe miasto i zatokę, nad którą jest ono położone.

Widok na Kobe z ratusza
Cóż, wysokie i szare budynki nie zrobiły na mnie wówczas najlepszego wrażenia.

Następnie skierowaliśmy nasze kroki w stronę Motomachi – zakupowej dzielnicy Kobe, z ciekawości postanowiliśmy odwiedzić jeden ze sklepów z elektroniką (nie pamiętam dokładnie, ale chyba były tam jakieś cztery piętra z różnymi działami!). W całym sklepie, tzn. na każdym jego piętrze słychać było (i to przez cały czas, kiedy tam byliśmy) jedną, tę samą piosenkę (bez przerwy!). I nie był to żaden chillout, a raczej coś w rodzaju irytującej piosenki składającej się jedynie z refrenu, którą podśpiewuje dziecko w celu sprawdzenia cierpliwości swych opiekunów. Nie wiem, jak radzą sobie z tym pracownicy owego sklepu. Może to kwestia przyzwyczajenia, bądź gustu… W każdym razie obfitość asortymentu w połączeniu z tą muzyką sprawiły, że całe to doświadczenie było dość przytłaczające, dlatego była to nasza pierwsza i ostatnia wizyta w sklepie tego rodzaju. Z pewnością warto było jednak tam wejść i to przeżyć!

Wystawa w sklepie elektronicznym w Kobe
Taki widok może przytłaczać!

 

Dzielnica chińska w Kobe
Będąc w Kobe, warto też odwiedzić dzielnicę chińską w Motomachi

Matka z córką wyruszają w miasto…

Taki widok można było podziwiać z okien Portliner’a (jednej z linii metra)!

Dwa dni w Kobe spędzałyśmy z moją córkę jedynie we dwójkę. Moim priorytetem było przede wszystkim pogodzenie chęci zwiedzania miasta jak i zapewnienia rozrywki dwulatce. Dlatego też jednym z celów naszej wyprawy było Kobe Animal Kingdom, czyli po prostu zoo. Jednak okazało się że to wcale nie takie normalne zoo! Co odróżnia to miejsce od innych znanych nam ogrodów zoologicznych? Po pierwsze, znajdują się tam pomieszczenia, w których można głaskać i bawić się z kotami i psami. Tak, tak, to zoo zamieszkane jest też przez znane nam zwierzęta domowe. Myślę, że to dlatego, że niezbyt wielu Japończyków może pozwolić sobie na posiadanie czworonożnego przyjaciela na własność – z powodu niewielkich mieszkań jak i braku czasu. Dlatego też miejsce to było oblegane przez rodziny z dziećmi, które były niezwykle podekscytowane możliwością bliskiego kontaktu z tymi zwierzakami (jednak zwierzęta nie wyglądały na równie zadowolone z tego powodu).

Lemur w ZOO
„No i co się tak głupio gapisz?”- pomyślał zapewne ten lemur, kiedy robiłam mu zdjęcie

Po drugie, w tym zoo można było generalnie wiele zwierząt pogłaskać (jak, np. kangury!), wiele z nich nie było też umieszczonych w klatkach czy innych terrariach, a zamiast tego spacerowało sobie na wolności, np. lemury (z jednej strony to fajne, jednak z drugiej, tak bliskie spotkania z człowiekiem mogły być dla wielu tych zwierzaków dość stresujące).

Następnego dnia wyruszyłyśmy w stronę wybrzeża do dzielnicy Suma. Pogoda była idealna, żeby udać się na plażę i trochę się zrelaksować. Jednak plaża nie wyglądała najlepiej, wokół leżało sporo śmieci (co jest dość szokującym widokiem w tak czystym kraju jak Japonia), z tyłu dochodziły do nas nieustanne odgłosy odjeżdzającego i przyjeżdżającego metra. Pomimo wyśmienitej pogody, miejsce wydawało się też dość opustoszałe.

Dziecko na plażz w Kobe
Cóż z tej strony plaża wyglądała całkiem nieźle…

 

Śmieci na plaży w Kobe
…jednak ten widok nie był zbyt relaksujący!

Następnie przespacerowałyśmy się do parku Rikyu – niestety okazało się, że park zamykany jest o godzinie 17:00 (jak większość takich miejsc w Japonii), a była już 16:40. Mimo wszystko, zrobiłyśmy małą rundkę po parku – żałowałam, że nie przyszłyśmy tam wcześniej, jako że park był naprawdę piękny!

Fontanna w parku Rikyu
Rikyu Park w dzielnicy Suma – to miejsce, gdzie można się zrelaksować

W drodze powrotnej trafiłyśmy na cmentarz, co było dość ciekawym widokiem (naszła mnie taka myśl, że Japończycy i po śmierci nie potrzebują zbyt wiele miejsca, jako że pomniki stały ciasno ustawione jeden przy drugim).

Cmentarz w dzielnicy Suma
Widok na cmentarz w drodze z parku Rikyu

Ostatni dzień w Kobe

Ostatniego dnia (już w komplecie) postanowiliśmy odwiedzić Herb Garden (czyli ogród botaniczny), aby się tam dostać, trzeba było wjechać na górę kolejką linową. Widok z kolejki na miasto i morze zrobił na mnie tym razem o wiele lepsze wrażenie!

Widok z kolejki linowej na Kobe
Ten widok robił już ważenie!

Na samej górze znajdowało się muzeum zapachów, gdzie można było „popróbować” dziesiątki (jak nie setki) przeróżnych aromatów. Poza tym podczas wycieczki po ogrodzie, można też było odprężyć się, zanurzając stopy w specjalnej ziołowej kąpieli (uwaga: gorąca!).

Nunobiki Herb Gardens – piękny ogród botaniczny, który warto odwiedzić,będąc w Kobe

W drodze na dół (tym razem na piechotę, nie kolejką) mijaliśmy wodospad Nunobiki, który zaliczany jest do jednego z najpiękniejszych w Japonii. Droga była dość przyjemna, prowadziła przez las, ale i dość stroma (następnego dnia odczuwaliśmy to na naszych łydkach i pomyśleć, że jedna z Japonek, którą mijaliśmy po drodze miała na nogach szpilki!).

Wodospad Nunobiki
Widok na wodospad Nunobiki zapierał dech w piersi

Na zakończenie tak przyjemnego dnia i pobytu w Kobe, postanowiliśmy skosztować tej słynnej wołowiny. Restaurację (Shingen), w której jedliśmy, znalazłam na jednym z angielskojęzycznych blogów, okazało się, że sąsiadowała z hotelem, w którym się zatrzymaliśmy – niech w tym wypadku zdjęcia mówią same za siebie!

Wołowina z Kobe
‚Mniam, mniam!’ – to prawda, że wołowina z Kobe jest jedną z najlepszych na świecie

 

Stół w restauracji Shingen
W restauracji Shingen goście sami mogą przyrządzić sobie jedzenie na grillu

A Wy byliście już w Kobe? A może się tam wybieracie? Jakie są Wasze wrażenia po moim wpisie? Ja byłam pozytywnie zaskoczona tym miastem!