Wspomnienia z kilku podróży, czyli próba retrospekcji

Posted on
Herbata i kawa

Bywa, że pamięć zawodzi… Po kilku latach wspomnienia są jak migawki z filmu, skrawki dawno opowiedzianych historii, wycinki z gazet. Pozostaje nam oglądanie digitalnie zapisanych zdjęć, parominutowych ujęć nagranych telefonem na potem.

Tak sobie przeglądam zdjęcia z różnych wyjazdów i nabrałam ochoty o którejś z tych podróży napisać. Żałuję, że nie prowadziłam żadnego dziennika podczas wyjazdów, w którym na bieżąco spisywałabym swoje wrażenia z pobytu w innych miejscach… Ech, ale czy słowa są w stanie oddać te wszystkie uczucia, dźwięki i zapachy, które tak urzekały mnie w tamtej chwili? Wiele dałabym za to, by móc zatrzymać na dłużej emocje i przeżycia towarzyszące mi podczas podróżowania do nowych krajów!

Road Trip

Zachód słońca na plaży w Portugalii
Noc na takiej plaży była piękną przygodą

Siedem osób, jeden bus, tysiące kilometrów, trzy tygodnie. Mój pierwszy raz w Południowej Francji, Hiszpanii i Portugalii. Pierwsza kąpiel w Morzu Śródziemnym, pierwsza w Oceanie Atlantyckim… Muzeum Guggenheima w Bilbao, nocny spacer po Bairro Alto w Lizbonie, nocowanie w namiocie na jednej z plaż w Potugalii… Nowe smaki – najpyszniejsze pod słońcem hiszpańskie aioli,  foie gras w Tuluzie w uroczej małej, szykownej restauracji… Przygody – rafting po dzikiej rzecze w Hiszpanii, włamanie się do naszego samochodu przy plaży w Portugalii przez fałszywych parkingowych! I te noce na polach namiotowych – pełne śmiechu, wspólnych rozmów i pysznego wina! Wybaczcie taki chaotyczny opis, ale taki trochę był ten nasz wyjazd – intensywny, bez dokładnego planu, zwariowany!

Dziewczyna w Brisbane
Ach ta Australia!

Australia

W moim życiu byłam w sumie trzy razy w Australii i za każdym razem spędziłam tam zaledwie po 24 godziny. Dwa razy w Melbourne i raz w Brisbane. To było za czasów, gdy byłam stewardessą. Te krótkie przystanki zostały mi jednak na długo w pamięci. Szczególnie Melbourne! Co za miasto! Australia kojarzy mi się z luzem i słońcem, takim życiem pod hasłem „no worries, mate!” Do dziś marzy mi się, że jeszcze kiedyś tam się wybiorę (a już w ogóle, że na trochę tam kiedyś zamieszkamy)!

Prowansja i Południowa Francja

Widok na jezioro Sainte-de-Croix
Obłędnie lazurowe jezioro Sainte-de-Croix

Od czasów mojej fascynacji Francją, językiem i wszystkim co francuskie, marzyło mi się, że wybiorę się do Prowansji i na Lazurowe Wybrzeże! I tak oto z okazji moich 24. urodzin ktoś zaplanował dla mnie podróż do tych pięknych regionów. W pamięci mam przede wszystkim upał, przepiękny lazurowy kolor jeziora Sainte-de-Croix i przepyszne makaroniki kupione na targu w jednej z uroczych francuskich miejscowości. Pola namiotowe – ceny wygórowane, ale często dość „luksusowe”, jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć (camping Manjastre) z powodu niezwykle pięknego widoku z basenu!

 

Madera

Owoce na targu Mercado dos Lavradores
I jak tu się na coś nie skusić? – owoce na Mercado dos Lavradores

Madera to dla mnie przede wszystkim przemili ludzie, przepyszne jedzenie (mhmm espetadas!), serpentyny i tunele, i piękne widoki! Do tego intensywne barwy kwiatów w ogrodzie botanicznym w Funchal (Madera to w istocie kraina wiecznej wiosny), suszonych owoców na Mercado dos Lavradores, czyli targu farmerów (uwaga: tylko nie dajcie się naciągnąć, miłe pogawędki ze sprzedawcami mogą skończyć się tym, że zapłacicie majątek za niewielki zakup, dlatego dobrze jest zwracać uwagę przy ważeniu Waszych zakupów) i festiwal filmowy, podczas którego było nam dane zapoznać się z fantastycznym kinem islandzkim (tak na marginesie polecam Wam gorąco film „Of men and horses”- to niezła dawka islandzkiego czarnego humoru przeplatanego z dramatem, okraszonego surowymi ujęciami z tej pięknej i zimnej wyspy). Zapomniałabym jeszcze dodać, że Madera to też raj dla tych, którzy kochają piesze wędrówki z przerwami na podziwianie widoków zapierających dech w piersiach!

 

Maroko

Pustynia Sahara
Jeszcze nigdzie nie doświadczyłam takiej ciszy jak na pustyni

Z Casblanci w stronę Marakeszu, aż po Saharę… Dla mnie Maroko to tajine, couscous, riad, kasbah, targi… Ludzie, tacy do rany przyłóż i Ci, którzy chcieliby za wszelką cenę dobić z Tobą targu, byleby coś sprzedać! Marakesz to dla mnie labirynt, wielki targ, skupisko ludzi, tańczące kobry, niezbyt przyjemne zapachy i śmieci na ulicach, gdzie spokój można odnaleźć dopiero w jednym z riadów (czyli tradycyjnym marokańskim domu z ogrodem lub dziedzińcem znajdującym się w sródku). Noc na Saharze – jeszcze nigdy nigdzie nie doświadczyłam takiej ciszy i nie widziałam tak rozgwieżdżonego nieba oraz jeszcze nigdzie nie byłam świadkiem takiej gościnności jak tam, w tym namiocie rozbitym na pustyni, gdzie specjalnie dla nas przygotowano przepyszne jedzenie – tajine (cóż by innego!), a do tego zagrano nam tradycyjną muzykę i porwano wszystkich do tańca! I o mało bym zapomniała dodać, Maroko to hektolitry wypitej miętowej herbaty z zabójczą ilością cukru! Co do tych wspomnień, to mogło na nie wpłynąć to, że w tamtym czasie byłam w pierwszych tygodniach ciąży, a wtedy i zapachy i smaki odczuwałam zupełnie inaczej…

To tylko skróty skrótów moich wspomnień z kilku (to jeszcze niekompletna lista) miejsc, które udało mi się do tej pory zobaczyć. Ten wpis jest wynikiem oglądania zdjęć i snucia refleksji melanchlijno-podróżniczych. To taki mały subiektywny przewodnik i równocześnie mój pamiętnik, do którego chętnie będę wracać.

Jak to wygląda u Was ze wspomnieniami z podróży? Zapisujecie je na bieżąco, czy tylko utrwalacie wszystko na zdjęciach? Jakie miejsca i wydarzenia utkwiły Wam najbardziej w pamięci?