„Listy z emigracji” – kilka słów o języku

Posted on
Pusta kartka i pióro do pisania

Przedstawiam Wam pierwszy list z serii „Listów z emigracji”. Pisząc listy do wyimaginowanego bliskiego mi adresata mieszkającego w Polsce, chcę przemycić kilka refleksji dotyczących ważnych dla mnie tematów.

Przyszło mi żyć w tej codzienności, w której nie zawsze dane jest mi wyartykułowanie w pełni poprawnej gramatycznie i stylistycznie myśli, nie, co ja gadam, o wyrażeniu myśli nie ma co nawet wspominać! Przyszło mi posługiwać się mową, bo o pisaniu, to już w ogóle nie wspomnę, która kojarzy mi się z czytaniem instrukcji obsługi albo ulotki dołączonej do lekarstw. I nie zrozum mnie źle, nie chodzi mi o język (niemiecki) sam w sobie, a raczej o moje lingwisyczne umiejętności, bo w dorosłym życiu przyszło mi uczyć się języka, który z dnia na dzień zastąpił mi mój pierwszy język, ten domowy albo, jak chcesz dokładniej, ojczysty, choć do patriotycznch sentymentów mi daleko.

To jakby utracić poczucie humoru i ten cały kontekst i całą wiedzę wkuwaną na lekcjach w polskich szkołach, to jakby to wszystko nagle stało się bez znaczenia. Bo niby jakie znaczenie miałoby mieć tutaj przytaczanie cytatów zapamiętanych z lektury Gombrowicza czy też tych wypowiedzianych przez Adasia Miauczyńskiego w serii kultowych filmów. No przecież bez sensu by to brzmiało, no bo jak zrozumieć żart bez kontekstu? A kontekstu nie da się przetłumaczyć, jest niewytłumaczalny. Do wspólnego kontekstu potrzebne są wspólne lata w szkolnej ławce, obijanie sobie kolan na osiedlowym podwórku i zaliczenie choć jednego wesela/chrztu/komunii z podchmielonym wujkiem z wąsem i niezbt umuzykalnionym zespołem muzycznym.

To zajeżdża banałem, powiesz, i jeszcze umacnia te okropne stereotypy o kraju nad Wisłą. Ale nie martw się! Ja nie z tych, co z nagłej tęsknoty za krajem, zapuszczają sobie disco-polo na laptopie, a w bezsenne noce odpalają mazurską noc kabaretową, tudzież festiwal w Opolu na jutjubie. Nie, nie, tak źle (jeszcze) ze mną nie jest! W noce jak ta, piszę do Ciebie tego mejla, nadużywając zaimków wskazujących i słuchając Starego Dobrego Małżeństwa przez słuchawki (w końcu nie chcę obudzić śpiącego obok Niemca i naszego internacjonalnego potomstwa, które swoją drogą chrapanie odziedziczyło po ojcu). 

Wiesz, tęskno mi czasem do czytania polskich gazet, głupia jestem, no bo w końcu w erze Internetów, to przecież ma się dostęp do WSZYSTKIEGO! No, niby tak. Ale wiesz, to nie to samo. Nie, nie wiesz. Pewnie pomyślisz,  że dziś musiałam mieć chyba jeden z tych melancholijnych dni, i że najpóźniej do jutra rana mi przejdzie. No i masz zapewne rację, jutro rano wszystko wróci do normalności. No bo dni nie są od snucia sentymentalnych rozmyślań i słuchania łzawej poezji śpiewanej. Dni są do wstawania, działania, pracowania, stania, gadania, zasuwania i te de i te pe. Ale noce, to co innego. Te są do rozmyślania, rozważania, rozmarzania (nie mylić z rozmrażaniem), hmm pewnie i jeszcze innych czynności zakończonych przyrostkiem –ania (co kto lubi!, no w końcu ja też od czasu do czasu, nie bądźmy pruderyjne), no i korzystam właśnie z tej pory nocnej, by trochę odpłynąć myślami od codzienności, by dać upust swojej zahamowanej, przetrzymywanej na strychu mojej głowy, elokwencji polszczyźnianej (można tak to w ogóle nazwać?). No, bo nie będę przecież mojej dwulatki zarzucać potokiem tych moich pseudofilozoficznych refleksji. Będzie lepiej, jeśli narazie pozostaniemy przy mniej egyzstencjalnych pytaniach „A co tam jest? – Tak, brawo, tam jest brum, brum!”, jeśli zaś chodzi o poezję śpiewaną, to rośnie kolejna jej fanka, no bo jak nazwiesz inaczej kogoś, komu biodra same zaczynają tańczyć na dźwięk pierwszych nut „Kaczki dziwaczki” (znasz to wykonanie z Akademii Pana Kleksa? Nawet udało mi się je znaleźć na spotifaju!).

No nic, na mnie pora! I nagle naszła mnie myśl na temat metafor i wyrażeń potocznych. Że wiesz, jak bym tak tutaj chciała powiedzieć, że zamiast idę spać, to idę „uderzyć w kimono” albo „uciąć komara”?  No dobra, z tym komarem, to raczej, jakby tylko o drzemkę się rozchodziło, ale wiesz, o co mi chodzi, nie? No, bo to działa w obie strony, weź przetłumacz „Schadenfreude“ albo „Hassliebe“ na polski! No nie da się! Mówię Ci! Ale dobra, koniec tych językowych dywagacji. Śpij ciasno (hehe taki żarcik, że niby „sleep tight” z angielskiego! If ju noł łat aj min!, bo jak nie, to zapomnijmy już o tym). Karaluchy pod poduchy! (to jest swoją drogą bardzo nieuprzejme życzenie). Chyba zaczynam się na serio interesować etymologią słownictwa!

P.S. Od razu człowiekowi lżej na duszy i jakoś tak inteligentniej, jak się po polsku wymądrzyć może! O i właśnie odezwała się małpa ze skrzyni z zabawkami i mało nie przyprawiła mnie o zawał! (wytłumaczę Ci przez telefon o któą małpę mi chodzi).